stop

Z jednej strony dodawanie wiary we własne siły, dopingowanie do działania naszych dzieci, a z drugiej zderzenie się ich ze swoimi ograniczeniami i „nienadawaniem się”. Jak bezpiecznie prowadzić dzieci przez zawiłości dorastania i odkrywania siebie…

Dzieciom się nie uda

Kilka dni przed świętami przeczytałam na profilu FB Pani Doroty Zawadzkiej taką oto sentencję:

Rodzice bojący się, że ich dzieciom się nie uda, powodują że dzieciom się nie uda. Jak nie w tym, to w przyszłym roku.

Przeczytałam i pomyślałam: dobre, zgadzam się! I tak tkwiło we mnie to zdanie przez następne dni i prowokowało do myślenia….

 

Rodzice też dorastają

Kiedy Ja była mała, a my byliśmy początkującymi rodzicami, czasami zbyt ostrożnie podchodziliśmy do jej działań. Na pewno nie mówiliśmy: nie próbuj, a tym bardziej nie nadajesz się, ale zdarzało się: może lepiej zjedź z tej mniejszej zjeżdżalni, ta jest dla Ciebie za duża, jak będziesz starsza to spróbujesz, albo: ta układanka jest dla dzieci od 6 lat, a ty masz dopiero 5, jest dla Ciebie za trudna.
Strach przed ewentualną porażką, smutkiem, rozczarowaniem naszej ukochanej pierworodnej powodował, że czasami odruchowo ją wycofywaliśmy.

Potem była Mi – jej wycofywać już się nie dało – taki ma po prostu charakter. A może to doświadczenie, którego nabieraliśmy jako rodzice i pomysły przetestowane na pierwszym dziecku spowodowały, że od początku dawaliśmy Mi więcej „wiatru w żagle”? Może po prostu mądrzeliśmy „rodzicielsko”.

Ba od niedawna ma dwa lata.  Często chodzę z nią na pobliski plac zabaw. Często przewijają się tam te same dzieci, pod opieką tych samych dorosłych. Widzę czasami ich spojrzenia, kiedy Ba wspina się na największą zjeżdżalnię, na którą większość jej rówieśników jest nie wpuszczana, bo wiecie: ta jest dla Ciebie za duża, jak będziesz starsza to spróbujesz… Mi też na początku serce stawało w gardle, kiedy widziałam Ba na samej górze tej zjeżdżalni, mimo to powtarzałam sobie i jej: próbuj, dasz radę. Każdy udany zjazd i wykrzyczane przez moją córkę: udało mi się, umacniało we mnie przekonanie, że warto. Ewentualne siniaki są do zaakceptowania, nie tyle ze względu na radochę Ba, ile na to jej przekonanie, że może jej się coś udać.

zielone

Ma sens, ale …

Rodzice bojący się, że ich dzieciom się nie uda, powodują że dzieciom się nie uda. Jak nie w tym, to w przyszłym roku.

Tak, to zdanie ma sens. Jeśli my nie będziemy dawać możliwości naszym dzieciom próbowania i nie będziemy wierzyć, że im się uda, że sobie poradzą, to one nie będą próbowały, nie będą sobie radziły i nie będzie im się udawało.

Ale…

Ale co w sytuacjach, kiedy nasze dziecko zabiera się za coś, co ewidentnie nie leży w zakresie jego możliwości?

Przykład:
Dziecku bardzo spodobała się gra na skrzypcach. Załóżmy, że rodzice zabrali je na koncert do filharmonii. Entuzjazm jest wielki, nie przechodzi po tygodniu, dwóch i wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że w dziecku kompletnie brak słuchu muzycznego. Co wtedy?

Przykład:
Dziewczynka z dużą nadwagą ma koleżankę chudzielca, która z pasją uprawia balet (tzn. fachowo taniec klasyczny). Ona też chce, bo to takie fajne, razem super bawią się w domu w układanie różnych układów. Ona też chce do tej profesjonalnej szkoły baletowej. Co wtedy?

Przykład:
Chłopiec, któremu raczej kiepsko idzie na w-f i ma problemy z celnym trafieniem nogą w piłkę, chce koniecznie chodzić na treningi do szkółki piłkarskiej. Tylu jego kolegów tam chodzi. Co wtedy?

Czy inwestować zaangażowanie dziecka i swoje, czas dziecka i swój oraz pieniądze w coś, co ma znikome szanse powodzenia, a dodatkowo może przynieść dziecku rozczarowanie, wyśmiewanie przez kolegów, niewiarę we własne zdolności do czegokolwiek?

Czy wierzyć, że jakimś cudem słuch muzyczny zostanie wypracowany, nadwaga szybko zniknie, albo nie będzie taką przeszkodą, a koordynacja ruchową wykształci się na poziomie tych najzdolniejszych kolegów kopiących w piłę?

Czy wręcz odwrotnie, uciąć szybko i boleśnie temat wykładając kawa na ławę: słoń ci na ucho nadepnął, jesteś za gruba, masz dwie lewe nogi?

Trzy punkty

Są takie sytuacje, kiedy naszym dzieciom nie może się udać, choćby próbowały setki razy, bo są takie, a nie inne, bo mają takie a nie inne zdolności i predyspozycje. W takich sytuacjach nasze zachęcanie do próbowania wyrządza chyba więcej szkody, niż pożytku. Nie zmienia to jednak faktu, że musimy wraz z dzieckiem zmierzyć się z takimi sytuacjami. Ja po tych kilku dniach powolnego trawienia tematu będę trzymała się kilku punktów:

1. Szczerość.
Nie będę moim pannom ściemniała. Uważam, że trzeba dziecku przekazać fakt, że nie każdy do wszystkiego się nadaje, nawet jeśli bardzo tego chce.

2. Każdy ma do czegoś talent.
Może kochanie słuchu to ty nie masz, w piłkę nie kopiesz zbyt sprawnie, ale w tym ,tym i tym jesteś REWELACYJNA(Y). Każdy jest w czymś dobry.

3.Rozwiązanie alternatywne.
Zadaniem nas, jako rodziców, jest wyszukiwanie w naszych dzieciach mocnych stron i stwarzanie im warunków do rozwijania ich. Dlatego będę próbowała zachęcać moje córki do zajęć, które są zgodne z ich predyspozycjami. Ten balet, to nie jest najlepszy pomysł, ale może hip-hop, jazz, albo taniec ludowy :)

Puenta

Trudny to temat, bo tak, czy śmak wiąże się z jakimś rozczarowaniem naszego dziecka. Mam jednak przekonanie, że są sytuacje, kiedy nasze „dasz radę, próbuj!” nie działa na korzyść. Czasami trzeba pomóc córce lub synowi doświadczyć jej (jego) ograniczoności, ale tak doświadczyć, żeby było to początkiem czegoś dobrego, a nie końcem marzeń. Zderzenie się z „nienadawaniem się” musi być okazją do pójścia w kierunku zdolności dziecka, wtedy bez wahania i rozterek powtarzajmy setki i tysiące razy: próbuj, uda Ci się!

 

Pin It on Pinterest

Share This