Dzień Dobry

Daleka jestem od ogólnonarodowego ruchu narzekania na współczesną młodzież i dzieci, ale nie ma co ukrywać, że pewne trendy w ich zachowaniu mi się nie podobają  i już. W ich zachowaniu, a może właściwiej byłoby napisać – w zachowaniu, jakiego uczą ich rodzice?

Jak byłam mała

Pamiętam jak wprowadzaliśmy się do bloku, w którym się wychowałam. Miałam wtedy kilka lat. Nie znałam tam ani jednej osoby, oczywiste jednak dla mnie było, że każdej osobie spotkanej na klatce lub w pobliży bloku muszę powiedzieć „dzień dobry”, chociaż wiązało się to z zawstydzeniem. Było to oczywiste dla wszystkich dzieci.

Dzisiaj, kiedy wchodzę do swojego bloku i mijam po drodze kilkoro dzieci, z których może jedno powie to zwyczajowe pozdrowienie, zastanawiam się: co takiego się stało, że dzieciaki nie chcą, nie potrafią lub nie umieją się należycie zachować? Tak, bo dla mnie jest to nienależyte zachowanie, żeby nie napisać niekulturalne.

Nie jest to tylko moje spostrzeżenie, że dzisiaj coraz mniej dzieciaków używa wobec swoich sąsiadów zwrotu „dzień dobry”, przynajmniej w dużych miastach. Co więcej nie jest to tak, że odwracają one głowę, albo uciekają na widok sąsiada.  Gdyby tak się działo, można by mieć nadzieję, że wiedzą jak powinny się zachować, ale z takich lub innych powodów nie chcą  tego zrobić (np. uważają sąsiadkę za wredną babę). Nie – one po prostu bawią się rozmawiają, nawet popatrzą w stronę przechodzącej osoby i nic.  Można więc wnioskować, że najprawdopodobniej nie są uczone przez swoich rodziców mówienia „dzień dobry”. A dlaczego nie są? No właśnie, dlaczego…

Dzień Dobry

Dorosły nie, to i dziecko nie

Rzeczą oczywistą jest, że jeśli rodzic nie mówi „dzień dobry”, to jego dzieci też nie będą tego robiły i w takim zachowaniu nie będą widziały nic niewłaściwego.

Są osoby, które jawnie ignorują swoich sąsiadów, nie czują żadnego skrępowania w tym, że mijają jedną, czy drugą osobę, z którą mieszkają w tym samym bloku, czy przy tej samej ulicy  i traktują ją jak powietrze.  Nie ma w tym przypadku co dywagować: matka, czy ojciec gbur, to i dziecko takie samo – choć nie ze swojej winy.

Są też osoby, które na widok sąsiada odczuwają nagle przemożną potrzebę zadzwonienia gdzieś, już, w tej chwili. Muszą więc włożyć niemalże głowę do torby i odszukać telefon. Albo zauważają nagle coś niebywale interesującego w przeciwnym kierunku niż zbliżający się sąsiad. Albo muszą koniecznie sprawdzić, czy po drugiej stronie ulicy jest równie krzywy chodnik, jak po tej, po której idzie właśnie pani spod piątki. Dziecinne zachowania, uniki, a może zwykły brak odwagi bycia jawnym gburem. No a dziecię głupie nie jest i widzi więcej niż tylko gesty, intencje tych gestów też widzi (a może wyczuwa) i powtarza.

Rodzic tak, ale dziecko nie

Tak też się zdarza. Dorosły powie „dzień dobry”, ale dziecko, które z nim idzie milczy, jak zaklęte. Mi się takie sytuacje też zdarzają: bo się zagapiła, bo mrówkę zauważyła, bo się jej po prostu zapomniało, zagapiło. I to jest jak dla mnie normalne, nie ma tu co się oburzać, wystarczy przypomnieć. Ale jest też tak, że rodzic regularnie odezwie się do sąsiada, a dziecko regularnie nie. No i tego już nie rozumiem, bo skoro sama coś uważam za słuszne, to dlaczego nie uczę tego swojej latorośli?

Sama już nie wiem, może ja jakaś staroświecka jestem, może zwracam uwagę na drobnostki, a tu życie trzeba gonić, a nie błahostkami się przejmować? Wierzę jednak, że te drobnostki i błahostki wiele wnoszą, upiększają, nadają smaku, dlatego dzisiaj mam taki mały apel:

Uczmy nasze dzieci mówić „dzień dobry”

No to jak, przyłączycie się?

Pin It on Pinterest

Share This