fiolka z tabletkami

Oklepane przekonania czy stereotypy zwykle nie prowadzą do właściwych rozwiązań. Tak samo jest z antybiotykami. To nie jest tak, że jak się pogarsza, to tego rodzaju środek jest koniecznym remedium. Nie zawsze.

fiolka z tabletkami

Statystyka

Nasze trzy panny:

13-letnia Ja  – 2 razy

8-letnia Mi – 4 razy

3-letnia Ba – 0 razy.

Tak wygląda ilość przyjętych antybiotyków przez nasze córki przez całe ich życie.

Wynik z pewnością powyżej średniej. Piszę to nie po to, żeby się pochwalić lub piać zachwyty nad skutecznością moich sposobów na poprawianie ich odporności. Chcę Wam pokazać na naszym przykładzie, że ilość przyjmowanych przez dzieci antybiotyków często nie wynika z ich małej odporności, z zachorowań wymagających takiego leczenia, ale z czegoś zupełnie innego.

Historie prawdziwe

Nasza Ja zachorowała pierwszy raz w wieku 6 miesięcy. Pojechaliśmy do przychodni, lekarz przepisał jej antybiotyk. Wyszliśmy z gabinetu, młodzi, niedoświadczeni i przestraszeni rodzice pierwszego dziecka i stwierdziliśmy, że szukamy innego lekarza (sprawdzonego), który potwierdzi fakt, że antybiotyk jest konieczny. Kilka telefonów i mieliśmy namiary na lekarza. Po wizycie u niego okazało się, że antybiotyk jest niepotrzebny i faktycznie po kilku dniach Ja była zdrowa. My zaś wiedzieliśmy, że zaprzyjaźnimy się na dłużej ze starszym, uśmiechniętym panem w białym fartuchu.

Po jakimś czasie sytuacja się powtórzyła, raz, drugi, trzeci… Szłam z Ja rano do przychodni po zwolnienie do pracy, a wieczorem po diagnozę i leczenie do „naszego” lekarza. W między czasie zmieniliśmy przychodnie dwukrotnie, niewiele jednak to zmieniło jeśli chodzi o przepisywane leki. Gdybyście zerknęli do karty Ja w przychodni, zobaczylibyście dziecko, które przez 12 lat swojego życia miało zalecony antybiotyk kilkanaście razy, a tak naprawdę przyjęła go dokładnie dwa razy. Z każdej zaś infekcji, która wymagała rzekomo antybiotyku wyszła bez problemu. Nie ma tu zupełnie żadnego znaczenia jej odporność. Gdybyśmy ślepo przyjęli jako pewnik to, co jeden, drugi lekarz zdiagnozował, Ja byłaby dzisiaj typowym dzieckiem pod względem ilości zażytych antybiotyków.

Sytuacja ma się podobnie w przypadku Mi i Ba, z tą tylko różnicą, że one w mają niewiele wpisane w kartach w przychodni, bo po prostu odpuściliśmy sobie ‚przychodniane’ wizyty.

Nie wierzcie ślepo …

Jeśli więc macie dziecko, które bardzo często przyjmuje antybiotyki, a Wam już opadają ręce, bo choroba, antybiotyk, obniżona po nim odporność i szybko złapana kolejna infekcja i tak w kółko, to może warto zastanowić się, czy na pewno macie aż tak chorowite dziecko, czy problem leży gdzieś indziej?

Warto nie wierzyć ślepo każdemu lekarzowi. Warto poświęcić czas, żeby znaleźć lekarza, któremu będziecie mogli zaufać i który nie będzie chodził na skróty kosztem zdrowia Waszego dziecka. Czy to zawsze oznacza prywatne wizyty? Niekoniecznie. Mamy znajomych, którzy leczą dzieci w państwowych przychodniach u dobrych lekarzy, przyjmują jednak w pakiecie dojeżdżanie do odległej przychodni lub kolejki i trudności z dostaniem się na wizytę. Coś za coś. My do naszego lekarza chodzimy prywatnie, taki nasz wybór. I tak myślę, że podliczając pieniądze, które wydalibyśmy na przepisywane antybiotyki, jesteśmy na plus płacąc za wizyty.

Czy każde dziecko leczone przez mądrego lekarza może przez kilkanaście lat swojego życia nie zażywać prawie wcale antybiotyków, tego nie wiem. Być może są dzieci, które faktycznie muszą je przyjmować znacznie częściej, ale jestem przekonana i potwierdza to wiele badan, że wielu lekarzy nadużywa przepisywania ich, dlatego trzeba szukać, zmieniać.

Nie zawsze warto

Czasami to lekarze wolą „zabezpieczyć się” antybiotykiem, a czasami to niestety rodzice wymuszają podanie błędnie myśląc, że w ten sposób skrócą czas chorowania lub zwiększą jego skuteczność. A tymczasem dziecko, które często przyjmuje antybiotyki ma obniżoną odporność, jego układ immunologiczny nie może się prawidłowo rozwijać, pojawiają się alergie i zamiast krócej i skuteczniej jest dłużej i częściej.

75% zakażeń górnych dróg oddechowych u dzieci to zakażenia wirusowe i nie wymagają podawania antybiotyków. Wyobraźcie sobie: z 7  na 10 chorób górnych dróg oddechowych każde dziecko powinno wyjść bez antybiotyku. A jak jest?

Gdyby lekarze mieli możliwość podczas wizyt wykonywać szybkie testy CRP, które dają możliwość zdiagnozowania czy infekcja ma podłoże wirusowe, czy bakteryjne, to pewnie ilość zażywanych przez nasze dzieci antybiotyków znacznie by spadła. Niestety takiej możliwości nie mają (przynajmniej w państwowych przychodniach), dlatego pozostaje nam rodzicom szukanie takich lekarzy, którzy mają wiedzę i intuicję, tzw. „nosa” i przepisują antybiotyki faktycznie tylko wtedy, kiedy są one niezbędne.

Pin It on Pinterest

Share This