puste-miejsce

Dziecko drogie, ja to wszystko dla Ciebie, przecież wiesz. I w końcu przychodzi pora pójścia do szkoły. Tylko nie ja. Może on, może ona, a może nikt?

Pierwszy punkt

Słyszałam kiedyś jak pewna nauczycielka szkoły średniej, dobra nauczycielka, zaangażowana, opisywała jaką mordęgą są dla niej pierwsze w roku szkolnym zebrania z rodzicami.

– Proszę państwa, musimy wybrać trójkę klasową. Proszę się nie martwić, to tak naprawdę z niczym się nie wiąże, postaram się państwa nie niepokoić, sama załatwię większość spraw, no ale musi ktoś być wpisany….

Cisza. Dłuuuga cisza. Bardzo dłuuuga cisza.

Znajomy opowiadał o tym, jak był na pierwszym zebraniu w liceum w którym naukę właśnie zaczęła jego córka. Wychowawca przedstawił sprawę następująco:

– Proszę państwa mamy przed sobą 20 punktów do omówienia, pierwszym z nich jest wybór trójki klasowej. Dopóki punkt pierwszy nie zostanie zrealizowany, nie przejdziemy do kolejnych.

Prośba, groźba, szantaż – do tego muszą uciekać się nauczyciele, żeby nakłonić rodziców do zaangażowania, choćby tylko na papierku. Zaangażowania w coś, co zajmuje połowę życia ich dzieci.

Każdy ma swoje wykręty

Tak ja wiem, jeden stwierdzi, że jest teraz tak zapracowany, że nie da rady i powie niech się zgłosi ten drugi – on pracuje w urzędzie, kończy pracę o 16.00. Drugi usprawiedliwi się małym dzieckiem w domu i kiwnie głową na trzeciego. Ten to własny biznes ma, inni na niego pracują, ma czas i może coś zrobić dla dzieci. Itp. Itd…

Niby świadomość w rodzicach rośnie, coraz bardziej angażują się w wychowywanie, korzystają z różnych kursów, seminariów, uczą się jak mówić, jak słuchać, a kiedy dochodzą ze swoimi dziećmi do etapu szkolnego nagle stopują.  Wyprawki, podręczniki, zajęcia dodatkowe, odrabianie lekcji, przywożenie, zawożenie –  to wszystko tak pochłania i czas i energię, że dużej części rodziców po prostu nie chce się angażować w cokolwiek, co nie jest absolutną koniecznością. Przecież ten siedzący obok pan, z przykurczonymi nogami pod szkolną ławką, na pewno nie jest aż tak styrany życiem jak oni i mógłby się zgłosić do tej cholernej trójki!

Często słyszę utyskiwanie rodziców na brak zaangażowania nauczycieli, że im nie zależy, że kształcenie  dzieci to dla nich tylko zawód, nic więcej, a oni chcieliby, żeby to była misja, powołanie. Z drugiej strony, sami mają problem z zaangażowaniem się choć w minimalnym stopniu w życie szkoły.  Może to kwestia braku świadomości, że korzystając z przysługującego im prawa (tak, PRAWA) angażowania się w życie szkoły, mogą mieć realny wpływ na te wszystkie kwestie, które tak ich drażnią i denerwują? A może to przeświadczenie o bezsensowności podejmowania jakiegokolwiek wysiłku, bo i tak nic zmienić się nie da? A może strach przed wychyleniem się z szeregu? Nie wiem, ale na pewno w rodzicach jest jakiś problem z chęcią współtworzenia, kreowania, poprawiania rzeczywistości szkolnej swoich dzieci.

 

Ponarzekamy czy podziałamy?

Może zamiast po raz kolejny narzekać na szkolny sklepik sprzedający śmieciowe jedzenie, warto zgłosić się do trójki klasowej i forsować pomysł na kanapki i wodę mineralną w miejsce lizaków i pseudosoczków?

Wkurza cię brak szafek dla dzieci, w których mogłyby zostawiać książki i nie dźwigać plecaków cięższych niż one same? Idź do rady rodziców, pokaż problem i uparcie dąż do jego rozwiązania.

Na przykładzie szkoły naszych dziewczyn muszę wam powiedzieć, że zaangażowani rodzice mogą naprawdę realnie zmieniać szkołę – na lepsze. Trzeba tylko z „nie mam żywcem jak” wykroić trochę chęci, czasu, serca, uporu i przestawić sobie mentalność z „nie da się” na „to się musi dać”, bo tu chodzi o moje dziecko.

PS Od wtorku jestem w trójce.

Pin It on Pinterest

Share This