new-year-fires-1500

Za plecami kolejny rok, kolejny ‚sylwester’, kolejny pierwszy stycznia. Za plecami kolejne dni dopisywane do naszego życiorysu, kolejne godziny, minuty, sekundy. My coraz starsi, a nasze dzieci coraz większe, coraz mądrzejsze, coraz bardziej samodzielne, coraz trudniejsze (coraz bardziej wymagające) w naszych rodzicielskich z nimi zmaganiach.

Lista

Zakończenie roku to trywialnie oczywista okazja do podsumowania i proszę, u nas to było tak:

  • nie rozwiedliśmy się, i – kurcze – nadal mieszkamy razem, i – co jeszcze gorsze – uważamy, że małżeństwo to najlepszy sposób na (wspólne) życie, i dobrze nam jest,
  • nie spodziewamy się następnego dziecka, a tym bardziej syna (hmmm),
  • nie zbudowałem domu i nie zasadziłem żadnego drzewa (cholera),
  • nie wyprowadziliśmy się z Krakowa, i nawet nie zmieniliśmy mieszkania, choć niezmiennie marzymy o własnym domu z wielkim podwórkiem położonym gdzieś na uboczu (kiedyś),
  • nie zmieniliśmy samochodu (jeszcze),
  • nie zmieniliśmy szkoły żadnej z naszych córek (póki co),
  • nie byliśmy ani na Karaibach, ani na Sri Lance, ani w Singapurze, ani miliardzie innych miejsc (ale bywamy w wielu innych, fajnych),
  • każde z nas ma o jeden rok więcej za sobą i o tyle samo mniej przed sobą (tak, jak i Wy),
  • od połowy września mieszkamy razem z kotem, a precyzyjniej to z kotką i jest nam razem całkiem dobrze (mimo wszystko),
  • nie zmieniliśmy katolickich przekonań religijnych (nie ma potrzeby poprawiać doskonałości),
  • nasze najstarsze dziecię rozpoczęło 15 (ja p i e r ni cz ę…), średnie 10, a najmłodsze 5 rok życia (o ja, jakoś szybko tak),
  • oddaliśmy, na prawie wyłączność, naszej najstarszej córce naszą sypialnię (wrrrr),
  • sporo wspólnie pracowaliśmy (hurra, i na tym nie koniec),
  • spotkaliśmy wielu wspaniałych ludzi, tych mało znanych i takich troszkę bardziej znanych jak: Szymon Hołownia, Piotr Żyłka, ojciec Grzegorz Kramer… (super),
  • na szczęście nie zdezerterowaliśmy z Krakowa na cudowny czas Światowych Dni Młodzieży (zarąbiście było),
  • nie naprawiłem kranu w kuchni (naprawię),
  • nie wygrałem miliona w lotto (nie ważne),
  • nie pożarliśmy się całkowicie z naszymi rodzinami, co wcale nie było takie pewne i oczywiste (damy radę),
  • nie wypiłem an jednej flaszki wódki z najlepszym, jedynym moim szwagrem (i nie wypiję),
  • coraz mniej zaglądaliśmy na inne blogi (jakoś tak),
  • mogłem bawić się ‘zupdejtowanym’ sprzętem fotograficznym (cudnie, to bardzo rozwojowy, także zawodowo, temat),
  • dopiszę jeszcze coś, jak tylko sobie przypomnę (może)…

15 lat…

To, że nasza najstarsza panna zaczęła 15 rok życia jest prawdą, hmm, okrutną. Ja już nigdy nie będzie małą, słodką dziewczynką z czarnymi warkoczykami, nigdy nie będzie wyzwaniem nakarmienie jej, przewinięcie czy uśpienie. Ten czas został z tyłu, całkiem daleko z tyłu. W tym kontekście warto trwale wyryć sobie (to także do Was), że rodzicielstwo nie kończy się na jedno, dwu czy trzyletnich milutkich istotach. Prawdziwym rodzicem stajesz się wraz z urodzeniem dziecka i nigdy nie przestajesz nim być, nigdy.

16 lat, 10 lat, 5 lat…

Można by przypuszczać, że skoro wiemy jak to jest mieć 10-latkę (bo mamy 15-latkę, która pięć lat temu taką 10-latką była) to będziemy wiedzieć, jak najlepiej poradzić sobie z wychowawczymi wyzwaniami odpowiednimi dla 10-latek. A jeszcze bardziej w przypadku naszej 5 latki, bo przecież już dwa razy starsze panny były takimi pięciolatkami. I wszystko powinno być jasne, sytuacje przećwiczone, reakcje przepracowane, odpowiedzi udzielone i teraz jedyne co, to wystarczy sięgnąć pamięcią i odtwarzać odpowiednie procedury.

W równie karkołomny sposób można by zakładać, że skoro pyknęło nam 16 lat małżeńskiego życia, a jak dołożyć 8 przed to, no niech policzę, to jakieś 24 lata znajomości, to powinniśmy znać się tak doskonale, że nic nie może mącić błogiej codzienności.

I Wy i my doskonale wiemy, że to tak nie działa. Owszem, doświadczenia zbierają się na naszych wewnętrznych półkach i to zarówno te związane z relacjami rodzicielskimi, jak i te małżeńskie. Tyle, że każdy człowiek (każda z naszych córek) jest inną, absolutnie unikalną istotą, każdy dzień jest nowym dniem, a każda sytuacja jest inną, nawet jeżeli podobną do jakiejś tam, przeszłej sytuacji. Dorzućmy do tego unikalne zestawy emocji i odczuć, jakie nam towarzyszą przy każdej z sytuacji, każdym ze spotkań, rozmowie… totalna różnorodność.

Nie ma gotowych przepisów na jedyne właściwe zachowanie. I koniec. Wolność, jestem o tym przekonany, polega właśnie na tym, że mamy możliwość wyszukiwania i wybierania rozwiązań. I nie zawsze uda się wybrać najlepsze z możliwych. Czasem podniesiemy głos zamiast przytulić, a czasem zbyt delikatnie ustawimy granicę. Czasem podajesz sól, gdy powinieneś posypać cukrem.

Nie ma gotowych rozwiązań, nie dajcie się zwieźć komuś, kto podaje pełny algorytm postępowania na wszystkie życiowe sytuacje, czy to małżeńskie, czy to rodzicielskie. Wskazówki, porady, inspiracje, sugestie – tak, gotowe, precyzyjne rozwiązania – nie, nie, nie.

Zamiast życzeń

Róbmy lepszy świat.
Robienie lepszego świata nie polega na piętnowaniu czy poprawianie ludzi, ale polega na lokalnym polepszaniu świata, na tym, aby czynić go bardziej znośnym nie w Warszawie czy w Pekinie, ale tutaj gdzie jesteśmy, w małżeństwie, w swojej rodzinie, w domu, w pracy. Żyjmy i działajmy tak, aby mężowi, żonie, dzieciom, pozostałym bliskim… żyło się po prostu lepiej, szczęśliwiej.
Niech tak się stanie, niech tak się staje w Nowym Roku 2017.
Róbmy lepszy świat.
Życzę tego sobie, nam i Wam.

Pin It on Pinterest

Share This