Jest czas słońca i czas chmur. Czas ciszy i czas wiatru. Wczoraj udała nam się mimo pogody całkiem fajna wyprawo-wystawa.

Wietrznie i pochmurno

Piątek – piękna słoneczna pogoda. Sobota – wietrznie i pochmurno tak, że brak jakiejkolwiek ochoty na wyściubienie nosa na zewnątrz. Kto nie musi nie wychodzi. Niedziela – mocno wietrznie i pochmurno. Brak jakichkolwiek szans na rodzinny spacer.

Wyprawa na wystawę

Nastawiony niedzielny rosołek powoli pyrkoce na ogniu ceramicznej płyty. My zastanawiamy się jak spędzić dzień przy tak zachęcającej do aktywności na świeżym krakowskim powietrzu pogodzie. No i wymyśliliśmy, że spróbujemy zobaczyć ostatni dzień wystawy. Mimo mojego sporego sceptycyzmu do wystaw pokazywanych w galeriach handlowych tym razem i w tych okolicznościach byłem za. Dziewczyny także. Referendum o z góry założonym wyniku nie było potrzebne. Dinozaury w galerii jeszcze tylko dzisiaj na nas czekały. Obiad zjemy jak wrócimy.

Dinozaur z dziobem sylwetka

Przebraliśmy się bardzo sprawnie – co przy 4 dziewczynach nie jest takie oczywiste – i kilka minut później pakowaliśmy się do naszego czarnego bolidu. Kluczyk, silnik uruchomiony, brama podniesiona i jedziemy. Nawet nie przeszkadza nam, że coś kapie z góry. Póki co dach w naszym leciwym aucie jeszcze nie przecieka ;).

Zdecydowanie nie przepadam za galeriami handlowymi i hipermarketami. Jeżeli mam wybór to zawsze staram się wybrać opcje alternatywne zamiast galeryjnych odwiedzin. Galerie mają jednak solidną przewagę w deszczowo-wietrzno-nieprzyjemne dni – czyli takie jak ta niedziela – w postaci zadaszonych parkingów. Sprinterska mobilizacja dała nam szansę na dojechanie przed porą największego oblężenia krakowskiej galerii. Wykorzystaliśmy w całości. Miejsce w parkingu pod dachem znalezione – ufff. Wysiadamy i nie licząc konieczności dwukrotnego powrotu do auta – a bo to torba ma zostać, a bo to coś jeszcze – znaleźliśmy się całą piątką (i to jest w tej sytuacji najwspanialsze) w środku, w przepastnych korytarzach w poszukiwaniu dinozaurów.

Dinozaury

Znalezienie prehistorycznych zwierząt nie było takie łatwe. To znaczy dla nas nie było takie łatwe, bo weszliśmy od drugiej strony. Całą długość budynku galerii plus zjazd o 3 kondygnacje pokonaliśmy w jakieś 15 minut. I w końcu zauważyliśmy potworne stwory. No może nie taki całkiem potworne, ale są. Dinozaury. Niektóre nawet trochę ruchome. W sumie dinozaurów naliczyłem całe 8 lub 9 (nie licząc tego co siedział w jajku z ruchomą skorupką (łaaał)). Kilka gablotek ze skamielinami i dorzucony terenowy suzuki – że niby taki park jurajski chyba – dopełniały całą wystawę. Dziewczyny i tak miały frajdę, bo przecież na codzień takich zabawek do dyspozycji nie mamy.

Lody i fontanna

Za kilka dni kalendarzowa wiosna. Skoro tak, to może rozpocząć sezon lodowy? Czemu nie. Mniam. Niech będzie deser przed obiadem dzisiaj. Nie ma to jak zdrowo się odżywiać. Szybko namierzyliśmy lodziarnię, z której usług zamierzaliśmy skorzystać. Tuż obok fontanny galeryjnej – Ba miała na co patrzeć.

Fale na powierzchni wody

Wpadające strumienie wody

Usiedliśmy jak tylko zwolnił się jeden ze stolików – hmm podobno to jeszcze nie był szczyt obiadowy – i spokojnie wcinaliśmy lodowe gałki. Tuż obok, w fontannie szumiały wodne kaskady. Było bardzo miło. Ja korzystając z okazji pastwiłem się trochę nad naszą lustrzanką, bo przecież miałem pod samym nosem tryskającą wodą fontannę.

Fontanna i podświetlone kaskady

Fontanna krople

A jak już pochłonęliśmy swoje porcje lodów, napatrzyliśmy się na fontannę i zgłodnieliśmy to ruszyliśmy w kierunku naszego czarnego leciwego bolidu. Na pyszny i gorący niedzielny rosół. Mniam.

Pin It on Pinterest

Share This