Mamy przeogromną ilość przeróżnych wzorów. Wielki wybór. Tylko czy umiemy ocenić, co warto, a co nie? Czy umiemy wskazać naszym dzieciom kogo i jak szukać?

Mistrzowie

Miałem swoich mistrzów, jak chyba każdy. Takich, których sam sobie znajdowałem. Zwykle takich niedostępnych, dalekich i bez szans na bezpośrednie spotkanie. Najczęściej takich wykreowanych przez media. Takich, których świat podsuwał pod nos. Szkoda.

W czasach szkoły średniej odkryłem i polubiłem koszykówkę i wtedy z podkrążonymi od niewyspania oczami i wypiekami na twarzy śledziłem rozgrywki amerykańskiej zawodowej ligi koszykarskiej NBA (co tam, nadal odrobinkę to robię ;) ). Na bieżąco znałem statystyki, wyniki, miałem swoich ulubionych zawodników, biegałem na salę. Michael Jordan fizycznie był bardzo daleko, za oceanem, ale był rodzajem mistrza – medialnego.

piłka do koszykówki

Grywałem na gitarze i miałem swoje ulubione zespoły muzyczne, gatunki muzyki, które sam odkrywałem, czasem inspirowany poprzez kolegów. Do dzisiaj pamiętam, jak na okładkach szkolnych zeszytów  kreśliłem nazwy grup, nazwiska muzyków, markę mojej gitary.

Pasją fotograficzną zaraziłem się chyba od mojego taty. Była druga połowa podstawówki, kiedy zacząłem biegać na koło fotograficzne w pobliskim domu kultury. Mimo przestarzałego (aczkolwiek na szczęście sprawnego) sprzętu i braku środków na jego odnowienie, miałem z tego mnóstwo frajdy. Analogowe zdjęcia od początku do końca procesu produkcji, przesiadywanie w ciemni, wywoływanie. Mam w pamięci wystawy moich czarno-białych fotografii. Prawdziwego mistrza nie znalazłem – to była dobra zabawa z najlepszym (wtedy) kolegą.

Wiele zawdzięczam moim rodzicom, jednak chyba nigdy nie byli w stanie nadążać za moimi zainteresowaniami, pasjami. Nie przeszkadzali mi w próbowaniu, ale nie towarzyszyli w poszukiwaniach. Zabiegani i zajęci codziennością.

Balet

Nasza Ja zaczynała zabawę z baletem jako kilkuletnia dziewczynka – wspominaliśmy już o tym  np. tu. To był trochę eksperyment, zainteresowaliśmy się plakatem wywieszonym w przedszkolu. Spróbowaliśmy i poszliśmy na pierwsze zajęcia, które bardzo się jej spodobały. Myślę, że mogłoby być zupełnie inaczej gdyby nie Sandra. Młoda dziewczyna, która prowadziła zajęcia z tymi maluszkami. Sandra kochała balet i potrafiła zarazić swoją pasją swoje podopieczne. Nasza Ja nigdy, przenigdy nie mówiła o niej inaczej, jak w samych superlatywach. Sandra była bardzo blisko nich, tuż obok i była mistrzem.

Skrzypce

Przygoda ze skrzypcami rozpoczęła się od zajęć w domu kultury. Spotkanie z Panią Małgosią. Test i sprawdzenie predyspozycji. Wiedzieliśmy, że nasza córka dobrze słyszy, ale fachowa ocena potwierdziła nasze jednak amatorskie podejrzenia. Pani była miła, fajna. Ja biegała na zajęcia i niestety na tym jej aktywność się kończyła. Od początku mieliśmy problem z namówieniem jej do regularnego ćwiczenia w domu. Przeciwni siłowym rozwiązaniom szukaliśmy motywatorów, sposobów – nigdy na dłużej nie zadziałały. W końcu zdecydowaliśmy, że to nie ma sensu. Z drugiej strony nie chcieliśmy rezygnować z nauki gry, z aktywnego ‘obcowania’ z muzyką naszej córki.

– Szkoła muzyczna. Spróbujmy. – zdecydowaliśmy wspólnie z Ja.

Egzamin wstępny zdany celująco, budżet wpisany w nasze domowe wydatki. Minęły wakacje i pora na ustalanie planu lekcji. Musi być dopasowany do lekcji w szkole i jak zwykle w takich sytuacjach zamieszanie, zmiany nauczycieli, godzin zajęć. W końcu walcząc o plan pojechałem razem z córką na spotkanie z Panią Małgosią (nie tą z domu kultury). Po 5 minutach rozmowy wiedziałem i widziałem w oczach Ja, że zrobimy wszystko, aby to właśnie ona była nauczycielką skrzypiec naszej córki. To niewiarygodne, jak wielki wpływ może mieć nauczyciel na swojego ucznia, kiedy staje się dla niego prawdziwym mistrzem tak, jak w tym przypadku. Nagle problemy z domowym ćwiczeniem zmniejszyły o jakieś 75%, o ile nie więcej. Magia mistrza. Nasza najstarsza córka biega na lekcje skrzypiec jak na skrzydłach.  Wystarczyła jednak  kilkutygodniowa, przymusowe zmiana nauczyciela i problem wrócił i wystarczyła jedna lekcja z jej skrzypcową mistrzynią i … cud.

skrzypce

Nasza Mi uwielbia rysować, malować. Jakiś czas temu poznaliśmy malarza-grafika. Już planujemy, żeby wkręcić Mi na spotkanie z nim, w jego pracowni, przy jego obrazach. Żeby mogła podotykać, ubrudzić się farbą i pytać i rozmawiać i patrzeć, jak maluje.

Najlepsi to tacy …

Najlepsi mistrzowie to tacy, z którymi można się spotkać. Tacy, których zamiłowanie do ich pasji można poczuć, dotknąć, zobaczyć, doświadczyć. Żaden system, żadne narzucone odgórnie wymagania nie sprostają konkurencji człowieka, który jest zakochany w swojej pasji. Najlepsi mistrzowie to tacy, których można podziwiać i trochę wielbić. Najlepsi to tacy, których można zobaczyć prawdziwie, na żywo, porozmawiać, doświadczyć.

Zarówno my, jak i nasze dzieci karmieni jesteśmy medialnie kreowanymi „autorytetami” – celebryckimi idolami. Widzimy ich mały fragment, taki, który może być atrakcyjny dla patrzącego. To przecież sztuczne twory. Nie chciałbym, aby stali się oni jedynymi, głównymi mistrzami dla moich córek.

Uczmy szukania, a nie gotowych odpowiedzi

Jestem dzisiaj przekonany, że jednym z naszych – jako rodziców – bardzo ważnych zadań jest pomoc w szukaniu mistrzów. W każdej możliwej dziedzinie. Szukanie i pokazywanie ich naszym dzieciom.

Jestem przekonany, że im starsze dziecko, tym trudniej będzie nam – rodzicom – przekonać je do naszych propozycji. Mam nadzieję, że nie prześpię tego czasu i że nie przespałem przede wszystkim w przypadku Ja. Jeżeli my – rodzice – nie pokażemy, nie zaproponujemy, nie zachęcimy do poszukiwań prawdziwego mistrza, to nasze córki znajdą własny sposób na swoich „mistrzów”. A może wręcz sam się znajdzie – propozycji wokół i na wyciągnięcie pilota, kompa … jest aż nadto. I nie ma co się łudzić, że nasze dzieci nie będą próbowały szukać, bo będą.

Jest jeszcze wolność wyboru. Wolność, do której uczymy nasze dzieci i coraz bardziej wprowadzamy, coraz głębiej. My – jako rodzice – możemy proponować, ale dziecko ma prawo wybierać. Im starsze, tym większe prawo do wyboru, a więc również do odrzucenia naszej propozycji. Nasz mistrz nie musi być mistrzem naszego dziecka i staram się o tym nie zapominać.

A może kiedyś usłyszę, że sam byłem dla nich choć odrobinkę, takim malutkim mistrzem w czymś. W głębi duszy mam taką nadzieję.

Żaden system, żaden celebrycki idol, żadna ikona nie zastąpi prawdziwego mistrza.

Pin It on Pinterest

Share This