Opowieść o tym, jak to pewna rodzina, po raz kolejny, próbowała w sierpniu pojechać na wakacje, z Krakowa przez Poznań nad morze. I o tym, jak to się stało, że wylądowała w Piekarach Śląskich. O pewnej pompie, ludzkiej życzliwości i o tym, czy warto jeździć nad to nasze, polskie morze.

Przez Poznań

Podejrzewam, że posiadasz wspomnienia do których wracasz z przyjemnością i takie, które kojarzą Ci się zupełnie odwrotnie. Notka, którą czytasz, jest takim powrotem do wakacyjnych wspomnień. Oprócz tej notki mam w głowie pomysł na jeszcze dwa materiały wakacyjne. Nasz blog nie ma aspiracji bycia ze wszystkim ‘o czasie’, więc spodziewaj się kolejnych postów bez poszanowania rygoru zachowania chronologii.

Najpierw nasza rodzinna wyprawa nad polskie morze, nad które udało nam się dotrzeć mimo sporych trudności. Wystarczy spojrzeć na mapę, aby przekonać się, że droga samochodowa z Krakowa do Ustronia Morskiego krótka nie jest. Wyjazd podzieliliśmy na etapy z noclegiem w Poznaniu, a w zasadzie pod Poznaniem, w Lusówku nad brzegiem Jeziora Lusowskiego. A sam motyw poznański ciągnie się za nami od prawie roku …, ale o tym za chwilę i po kolei. Ten wpis jest także o tym, że warto wierzyć w ludzi, ich życzliwość i chęć pomocy.

Sierpień 2015

Wszystko zostało zaplanowane. Spakowane torby niecierpliwie czekały na załadowanie do samochodowego bagażnika. Ostatni weekend sierpnia 2015 roku. Sobotni, jeszcze wakacyjny poranek.
Podczas, gdy dziewczyny kończą śniadanie ja powoli schodzę do blokowego garażu. I jak przed każdym, większym wyjazdem zabieram się za inspekcję auta. Otwieram drzwi, automatycznie, pod wpływem mojej obecności, pod sufitem zapalają się świetlówki. Przed moimi oczami pojawia się wielka, mokra plama wydzierającej się spod naszego auta. Nie jest dobrze, jakaś ciecz kapie spod maski wprost na betonową posadzkę. Telefon, mechanik, kanał. Kanał całkowity. Z wyjazdu do Poznania nici.

Sierpień 2016

Wszystko zostało zaplanowane. Spakowane torby załadowane do auta. Jest 13 sierpnia 2016 roku. Sobotni, wakacyjny poranek rozpoczynającego się wydłużonego weekendu.
Podczas gdy dziewczyny kończą śniadanie ja tradycyjnie wyruszam na inspekcję samochodu. Kontroluję poziom oleju, dolewam płynu do spryskiwaczy. Wszystko w porządku i wkrótce ruszamy, do Poznania.

Po przejechaniu 20 kilometrów zaczęły się pierwsze i jak się potem okazało wcale nie ostatnie trudności. Wymuszony chorobą lokomocyjną postój z małym sprzątaniem w pakiecie. Po 20 minutach ruszamy dalej, drogą w kierunku Olkusza i dalej na Bytom, aby odbić na Tarnowskie Góry i Ostrów Wielkopolski. Na szczęście złe samopoczucie i nudności udało się skutecznie opanować. Po kolejnych 70 kilometrach, przed Piekarami Śląskimi nasz kochany ‘złomek’ – tak dziewczyny nazywają nasze auto – zaczyna dziwnie reagować, a właściwie prawie nie reagować na naciskanie pedału hamulca. Zwalniam i próbuję zorientować się w skali problemu. Pedał twardy jak głaz, hamowanie marne jak … Nie ma szans na dalszą jazdę. Szczęście, że nie wypuściliśmy się na autostradę.
Rok wcześniej nie wyjechaliśmy z powodu awarii, tym razem przejechaliśmy nieco ponad 90 kilometrów i awaria. Deja vu, jakaś klątwa? I znowu nie dotrzemy do Wielkopolski?

Piekary Śląskie

Ekspedientka na przydrożnej stacji paliw podpowiada, gdzie, w pobliżu, mamy szukać mechanika. Tyle, że przecież jest sobota, wydłużony o poniedziałek weekend, okolice godziny 14.00. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie pracuje.
– Proszę na światłach skręcić w prawo, a za składem złomu w lewo i już na osiedlu, szukać warsztatu po prawej stronie.
Nie wierzę, że się uda. Jedziemy bardzo powoli. W głowie układam plan ewakuacji dziewczyn do Krakowa i ściągnięcia samochodu. Zanosi się, że to będzie bardzo krótka wyprawa wakacyjna z przygodami.
Z myślenia wyrywa mnie wiszący przy drodze szyld zakładu mechaniki pojazdowej i usług blacharskich. Podjeżdżamy pod bramę, która JEST OTWARTA, a za nią, w głębi człowiek w kombinezonie roboczym krząta się przy samochodzie stojącym z podniesiona klapą bagażnika.
– Dzień dobry – zagaduję.
– Dzień dobry – spokojnie odpowiada człowiek przy samochodzie.
– Potrzebujemy pomocy, mamy awarię samochodu, problem z hamulcami, brak wspomagania. Czy możemy na Pana liczyć, proszę? – dziewczyny, które zdążyły wysiąść z auta dokładają proszące miny, którym niełatwo odmawiać.
– W zasadzie dzisiaj nie pracujemy, przyjechałem z kolegą wysprzątać nasze własne auta …ale zobaczmy.
Dwóch panów zagląda pod maskę naszego ‘złomka’, sprawdzają przewody hamulcowe, oglądają i jest diagnoza. Pompa próżniowa nie nadaje się do dalszej pracy, konieczna wymiana. No to, chyba klops. Skąd teraz, w sobotę, po 14, przy długim weekendzie dorwać vaccum pompę? Przecież wcześniej niż we wtorek …
Jeden z mechaników, którzy pomagają nam w swoim wolnym, sobotnim, weekendowym czasie sięga po telefon, próbuje znaleźć nieszczęsną pompę, ale nie dzisiaj. Nici z tego. Tak, jak myślałem. Tymczasem drugi z mechaników czmycha do warsztatu. Po 10 minutach wraca z uśmiechem na twarzy niosąc COŚ W DŁONIACH. Znalazł leżącą wśród innych, odłożonych, używanych części pompę próżniową. IDENTYCZNA JAK NASZA. Niesamowita sprawa, do teraz nie mogę uwierzyć w przebieg całej sytuacji. Czekamy kolejne minuty na ostygnięcie silnika, bo inaczej nie da się niczego odkręcić, ani niczego przykręcić. W końcu pompa wymieniona. Próba i wszystko działa jak należy. Uff.
W myślach dziękuję Bogu. Sytuacja absolutnie, totalnie, cudownie niewiarygodna.

Dwaj mechanicy z Piekar Śląskich niesamowici, życzliwi, wspaniali Ślązacy (z sporą częścią wypowiadanych przez nich słów mieliśmy kłopot ze zrozumieniem) i uczciwi – policzyli nas jak za zwykłą usługę.
Gorąco i szczerze im podziękowaliśmy. I ruszyliśmy dalej.

Lusówko

Po kilku kolejnych godzinach dotarliśmy pod Poznań, do rodziny. Wspaniale ugoszczeni świetnie wypoczęliśmy, a na drugi dzień ruszyliśmy do Ustronia Morskiego. Dotarliśmy bez przygód.

Morze

Nad morzem spędziliśmy wspaniały, rodzinny czas. Pogoda, która nie rozpieszczała, zupełnie nam nie przeszkadzała. Mocno wzburzone, z wysokimi falami morze nie przeszkadzało nam w spacerowaniu po plaży, grzebaniu w piasku, szukaniu bursztynów, muszli czy kamieni. Odwiedziliśmy pobliskie Gąski i tamtejszą latarnię. Zaliczyliśmy wizytę w Kołobrzegu – mają tam fantastyczny, ciągnący się wzdłuż plaży park.
A pod koniec pobytu morze się uspokoiło i zaliczyliśmy dość zimną brrrr, fajną morską kąpiel. To był naprawdę wspaniały czas dla nas wszystkich, dla naszej całej rodziny. Ja chcę jeszcze, a może tak w październiku?

Gdyby

Gdyby na nasze tegoroczne atrakcje wakacyjne składał się tylko ten tygodniowy wyjazd to mógłbym spokojnie uznać je za bardzo udane. Wspólne trudności, szukanie rozwiązań, spotkanie wspaniałych, życzliwych ludzi. Droga i 24h na dobę spędzane w naszym rodzinnym towarzystwie, w wynajmowanym na wyłączność domku holenderskim. Polecam.

I jeszcze dwa zdania …
Szanowni Panowie mechanicy z Piekar Śląskich jeszcze raz wyrażam Wam naszą wdzięczność. Bardzo dziękujemy za życzliwość i pomoc. Spotkania z takimi ludźmi zachęcają do otwartości i  przywracają wiarę w nasz gatunek.

Ustronie Morskie

morskie wakacje

wakacje Ustronie Morskie

plaża

plaża i woda

na plaży

na plaży

Gąski, trochę  błękitu

Gąski

Gąski plaża

Kołobrzeg

Kołobrzeg

Kołobrzeg

Kołobrzeg

Kołobrzeg port

Kołobrzeg plaża

Ustronie Morskie, spokojnie i bez fal

Ustronie, pogodnie i spokojnie

spokojne morze w Ustroniu

Pożegnanie

Pożegnanie z morzem

Pin It on Pinterest

Share This