Bardzo lubimy książki i bardzo lubimy czytać. Brzmi jak niezły trywializm prawda? Trudno, tak po prostu jest. Ale czasem czytamy bez czytania.

Zmiękczony

Popołudnie, zwykle między 16, a 17, bliżej tej drugiej. Wracam do mieszkania z odebraną z przedszkola Mi, otwieram drzwi, przekraczam próg i prawie zawsze słyszę, po chwili widzę i prawie od razu potem czuję na sobie małą Ba.

– Ceść tato.

Ja w tym momencie jestem zupełnie zmiękczony i może ode mnie żądać prawie wszystkiego (ech, te dziewczyny to mają swoje sposoby). Później zdarza nam się robić różne rzeczy: wściekamy się, łaskoczemy, wychodzimy na (póki co blokowe) podwórko …, ale jednak chyba najczęściej pada pytanie:

– Pocytas mi?
– Pewnie, idź wybierz książeczkę.
I dla mnie trochę niepojęta rzecz, ale najczęściej jest to ta sama co wczoraj, co przedwczoraj, co tydzień temu książeczka. Dla niej nie ma nudy. Książeczka w końcu zostanie zmieniona, ale spokojnie możemy ją czytać, oglądać i dziesiątki razy pod rząd.

Czytanie

– Usiądź na kanapie, ja już do ciebie idę.
Siadamy i czytamy, choć nie zawsze tylko czytamy.

książka

Nie pamiętam już, kiedy zrobiłem to pierwszy raz. Może to było z nudów przy 20 próbie (pod rząd) podejścia do tej samej książeczki? No i oczywiście Ba nie jest pierwszą, na której robię ten eksperyment.

Pytam córkę:
– Co widzisz na tym obrazku?
– Pieśka i kotka.
– A coś jeszcze?
– Motylka i kwiatki.
(Akurat ta książeczka jest o piesku, który zgubił drogę do mamy i w końcu kotek podpowiada mu, aby użył swojego węchu. Oczywiście wszystko kończy się szczęśliwie.)

Koziołek Matołek

Pacanów. Koziołek z Muzeum Bajek (bardzo mi pasuje do książek dla dzieci)

Prowokacja

I dalej próbuje sprowokować młodą, na przykład takim pytaniem:
– Ba powiedz mi, jak myślisz, gdzie leci ten motylek?

Tego rodzaju zachęta prawie zawsze zadziała.
– Hmmmmm, hmmm – ona to robi specjalnie, zaciska usta i robi hmmm – no leci na łąkę.
– A co on tam będzie robił na tej łące?
– Śpotka się z kubusiem misiem.
– Kubusiem misiem? A będzie tam ktoś jeszcze?
– Tak, będzie śłoń.
– A co oni tam robią, na tej łące?
– No, hmmmmm, no oni grają, biegają i tańcią.
– A jest tam jakaś muzyka? Do czego tańczą?

– Tak, jeśt tam. I o przyśła do nich klówka.
– Krówka?
– Taaak, klówka. Zobacz mam ją tutaj.
I w tym momencie wyciąga do mnie swoją rączkę, tak jakby coś na niej stało :). No krówka jak żywa!
– Jakiego koloru jest ta krówka? Czy ma jakieś łatki, czy nie?
– …
Często po kilku, kilkunastu takich pytaniach dołącza się do nas kolejna panna (a czasem i kolejna) i lecimy z zabawą dalej i dalej. Już nie potrzebujemy książeczki. Zdarza się, że bawimy się w ten sposób wiele, wiele minut. Historia się rozrasta, pojawiają się nowe wątki, nowe postacie, zaskakujące okoliczności. Wszyscy świetnie się bawimy w wymyślanym świecie. I do tego bez żadnych zabawek.

Czytanie bez czytania

Takie bywa to nasze czytanie bez czytania.
Uważam, że jest to bardzo fajny sposób na prowokowanie dziecka (dzieci) i siebie samego do ćwiczenia wyobraźni. Sposób na to, aby wyjść poza zaproponowany przez gotową historię obrazek. Jedyne na co trzeba bardzo uważać, to aby nie ograniczać dziecka zbyt zamkniętymi pytaniami sugerującymi konkretne odpowiedzi.

Ciekawe o czym dzisiaj będziemy ‘czytać’ :)

Pin It on Pinterest

Share This