szkola

Im dłużej korzystamy z dobrodziejstw powszechnego systemu edukacji, tym jest mi trudniej zachować pozytywne nastawienie. Mam spore wątpliwości, czy w tym wszystkim naprawdę najważniejsze są dzieci.

Truskawki, czereśnie …

Truskawki, czereśnie, słońce wstające wcześniej od nas i późno znikające za horyzontem – to powinny być oznaki zbliżającego się końca roku szkolnego. Tymczasem u naszej gimnazjalistki zwiastunami wakacji są zarwane noce, godziny spędzone z nosem w książkach i całkowity brak czasu na swoje pasje. Dzisiaj poleją się żale…

Jak to jest?

Jak to jest, powiedzcie mi, że 14-letnie dziecko (bo to jest jeszcze dziecko!) polski system szkolnictwa traktuje jak worek bez dna? Worek, w którym można upchać tony wiedzy, dziesiątki kartkówek i sprawdzianów. O zasadność tego upychania nawet nie będę pytać…

Jak to jest, że polscy gimnazjaliści, żeby podołać nakładanym na nich wymaganiom spędzają dwie trzecie swojego dnia nad książkami, ćwiczeniami i zeszytami, a jeśli mają sprawdziany to jeszcze więcej i nikogo to nie oburza? Nikogo poza niektórymi rodzicami i samymi dziećmi.

Jak to jest, że z jednej strony strony przykłada się coraz większą uwagę do edukowania dzieci w zakresie zdrowego stylu życia, likwiduje śmieciowe jedzenie w sklepikach szkolnych w trosce o zdrowie dzieci, a jednocześnie przyzwala na to, żeby te same dzieci nie miały kiedy odpocząć, pokopać w piłkę czy poganiać z rówieśnikami?

Jak to jest, że pomimo wszelkich znaków na ziemi i niebie, że najbardziej efektywna nauka to ta poprzez doświadczanie, zabawę, projekty, eksperymenty, właściwie wszystko, tylko nie suche wkuwanie, to polski system edukacji niezmiennie taki sposób nauki serwuje naszym dzieciom?

Dzban jest pełny

Jestem cholernie wkurzona. Nasze gimnazjalne dziecko ma mieć do 10 czerwca wystawione oceny. W ostatnim czasie śpi średnio po 5-6 godzin, wstaje o 5 rano, po to, aby dojechać na 7.10 na konsultacje do szkoły, żeby poprawiać kartkówki i sprawdziany. Permanentny brak czasu na cokolwiek innego niż nauka, stres i rozdrażnienie.

Powiecie: zmienić szkołę. Oczywiście, można, ale problem w tym, że to nie wina konkretnej szkoły, czy nauczycieli. Czy rozmawiam z rodzicami koleżanek naszej córki ze szkoły, czy ze znajomymi, którzy mają dzieci w innych gimnazjach, wszędzie jest podobnie. Problem siedzi dużo głębiej, bo tkwi w samym pomyśle na systemową edukację starszych dzieci.

Pasje

W próbach rozmowy z nauczycielami, w próbach przekazania im , że dzieci są przeciążone, zawsze pierwszym kontrargumentem jest: bo dzieci maja za dużo zajęć pozalekcyjnych. No dobrze, tylko moje pytanie brzmi: czy po to, żeby nasza córka była w stanie ogarnąć rzeczywistość szkolną i mieć jeszcze chwile na odpoczynek musi zrezygnować ze swojej pasji, jaką jest muzyka? Może powinna rzucić szkołę muzyczną, żeby mieć czas odrobić lekcje, przygotować się do sprawdzianów, kartkówek i odpytywania?

Czy taki system kształcenia powinniśmy promować? Przecież (teoretycznie) szkoła ma pomagać odkrywać dzieciom ich pasje, a następnie pomagać je rozwijać. A może ja coś pomyliłam?

Zabijanie wewnętrznej motywacji

Przy okazji ostatniej wywiadówki sympatyczna pani psycholog wygłosiła wykład na temat motywacji dzieci. Było o tym, żeby motywacją dzieci do zdobywania wiedzy nie była tylko chęć zdobycia dobrej oceny lub strach przed dostaniem złej oceny, żeby dzieci raczej kierowały się motywacja wewnętrzną niż zewnętrzną. By powodem uczenia się była raczej chęć dowiedzenia się, poznania czegoś nowego, zrozumienia. Słuchałam, słuchałam i myślałam, że to wszystko prawda, piękne założenia, tylko, że tak oderwane od realiów.

Co warte są zachęty do uczenia się dla wiedzy, a nie dla ocen, kiedy dzieciaki mają takie ilości zadań, kartkówek i sprawdzianów, że marzą tylko, żeby to zaliczyć i mieć to z głowy. Pamiętacie to? Ja pamiętam niestety i trafia mnie, że przez tyle lat nikt z tych na górze, którzy mają moc sprawczą, aby nauka milionów dzieci w Polsce wyglądała inaczej, nie miał odwagi ruszyć tego skostniałego molocha.

A jednak można …

Jakiś czas temu Tomek na naszym fanpage'u na FB wrzucił filmik o szkolnictwie w Finlandii. Wrzucam go i tu, bo jest on świetną puentą moich żali.

Finowie przez ostatnie 40 lat z ubogiego kraju bez żadnych praktycznie dóbr naturalnych stali się zamożnym państwem. W jak sposób? A właśnie wywracając swój system szkolnictwa do góry nogami i doprowadzając do tego, że w chwili obecnej jest on uznawany przez wielu za najlepszy na świecie. W testach PISA dla 15-latków z matematyki i czytania organizowanych przez OECD Finlandia w ostatnim dziesięcioleciu zajmowała  najwyższe miejsca. Co jest więc tak niezwykłego w tym pomyśle na edukację?

To może w punktach:
– brak zadań domowych,
– brak odpytywania,
– brak ocen przez pierwszych sześć lat nauki (poza ocena opisową) i brak testów do 16 roku życia,
– rok szkolny trwa od od połowy sierpnia do końca maja,
– integralną częścią nauki jest zabawa,
– brak podziałów na grupy ze względu na zdolności,
– lekcji nie prowadzi się metodą wykładu, a najczęściej pracy w grupach,
– samoocena ucznia jako podstawa do oceny
– podczas lekcji uczeń nie ma obowiązku słuchać nauczyciela, nie może jedynie przeszkadzać innym,
– zakaz korepetycji pozaszkolnych, szkoły zatrudniają własnych korepetytorów, którzy pomagają dzieciom z trudnościami w nauce,
– darmowa szkoła, podręczniki, posiłki, transport do i z szkoły,
– uczeń pozostaje w murach jednej szkoły do 16 roku życia,
– zawód nauczyciela jest bardzo prestiżowy i dobrze opłacany, trudniej dostać się na pedagogikę niż na prawo, czy medycynę,
– pod koniec roku szkolnego wszyscy nauczyciele są zwalniani, w nowym roku przystępują ponownie do konkursów na stanowiska.

Czy dostrzegacie jakieś analogie z polskim szkolnictwem? Ja tak, prawie wszystko jest odwrotnie niż u nas….

Myślmy jakoś przeżyli, to i oni przeżyją.

Pewnie przeżyją, tylko cholernie przykro, bo zamiast „jakoś” mogłoby być „pięknie”, „twórczo”, „radośnie”, „owocnie”, „sensownie”

Pin It on Pinterest

Share This