Kto jest słońcem? Kto jest orbitującą planetą? Może to się wydawać absurdalne, ale uważam, że odpowiedzi na te pytania mają głęboki sens (rodzinny).

Na początku

Dzisiaj próbuję się zmierzyć z tematem zarysowanym we wpisie mam talent. Jednak tym razem z innej strony i w innym bardziej globalnym kontekście – decyzje i nasze życie.

Rodzimy się, rośniemy, niektórzy spotykają swoje drugie połówki i rozpoczynają wspólne życie. Pojawia się pierwsze, później drugie, czasem trzecie dziecko … i jest rodzina. Rodzice i dzieci. System wielu asymetrycznych zależności i relacji.

Zachód Słońca przez firankę

Kiedy człowiek jest sam to o (prawie) wszystkim może decydować samodzielnie. Kiedy ludzi jest dwoje to decyzje podejmują wspólnie (powinni). Kiedy pojawiają się dzieci to mamy kolejne osoby wpływające na funkcjonowanie naszej bandy. Im więcej osób, tym więcej jednostkowych interesów, spraw, zarówno tych wielkich, jak i tych malutkich, tych na teraz, natychmiast.

No powiedzcie mi tylko, że u was nie słychać takich zdań:

– Tato chodź ze mną na rower
– Mamo, tato chciałabym chodzić do gimnazjum numer 1
– Zagramy w warcaby?
– Mogę pojechać na obóz na dwa tygodnie? – a przecież mieliśmy na wakacje wspólne w tym czasie …
– Kup mi loda, plose
– Tomek, chciałabym się przeprowadzić do domu
– Może poszlibyśmy gdzieś razem, tylko we dwoje
– A ja mam dość tego miasta, jestem nim zmęczony, wyprowadźmy się na wieś
– Mogę chodzić na kółko plastyczne? Będziesz mnie dowoził?

Piramidy potrzeb

Codziennie atakują nas całe rzesze, całe armie konkurencyjnych celów. Nie ma co udawać, że ich nie ma – one są.

Jako rodzice mamy pozycję uprzywilejowaną władzą, ale i naznaczoną odpowiedzialnością za całą naszą gromadkę. To my decydujemy o tym, które z celów, kiedy i jak realizować. Co postawić na pierwszym miejscu i jak zbudować naszą prywatną rodzinną piramidę Maslowa?

Faktem nie podlegającym dyskusji jest to, że potrzeby niskiego rzędu muszą być spełniane w pierwszym rzędzie. Nie da się ich odsunąć, z nich zrezygnować. Jedzenie, picie, ubranie, dach nad głową, bezpieczeństwo… jednak kolejnym faktem nie podlegającycm dyskusji jest istnienie wielu innych potrzeb.

Scenka

Dziecko chce chodzić do konkretnej szkoły. Co tam dziecko ;) to rodzic(e) często chcą, aby dziecko chodziło do konkretnej szkoły. Trzeba co rano (bladym świtem) wstawać i dowieźć latorośle na miejsce, potem odebrać. To musi być zrobione jako konsekwencja wyboru placówki szkolnej.

Zatem układamy plany tygodniowe i jazda.

A teraz można sobie wyobrazić co się stanie, gdy liczba młodych rośnie. O ile wszystkie należy dostarczyć do tego samego budynku to pal sześć, ale co, gdy trzeba rozwieźć w dwa, trzy miejsca, a później odebrać.

I nasz świat kręci się wokół szkoły.

Nasza historia prawdziwa

Wspominaliśmy już o zamiłowaniu naszej Ja do baletu klasycznego (tym razem relacja z innej perspektywy). To były czasy posiadania jednego dziecka. Początek edukacji przedszkolnej i natrafiliśmy na zaproszenie na zajęcia baletowe dla małych dzieci. Skusiliśmy się, poszliśmy, a mała Ja była bardzo zadowolona. Mała baletnica w wieku 3 i pół roku.

Dwa razy w tygodniu, zwykle po przedszkolu. Luzik, można posiedzieć, poczekać, wykonać kilka telefonów, rozłożyć laptopa i do domu. Potem pojawiały się dodatkowe próby przed występami, a obecność, a jakże obowiązkowa. Jeździliśmy, siedzieliśmy, czekaliśmy … Ja była bardzo zadowolona z uprawiania sztuki tańca.

W pewnym momencie spróbowaliśmy coś zmienić, uciekliśmy z szkoły baletu na zajęcia do domu kultury. Bliżej i o niebo łatwiej logistycznie. Nie na długo jednak, ponieważ nasza córka zwyczajnie nudziła się na tych zajęciach – to nie był jej poziom, potrzebowała większych wymagań. Powrót do szkoły baletowej, która w międzyczasie zmieniła swoją siedzibę … i zajęcia trzy razy w tygodniu.

W pewnym momencie – jak sobie wyliczyłem – spędzałem w samochodzie na dojazdach (kocham to miasto) ok 4-5h tygodniowo (i oczywiście razem z dzieckiem) obsługując balet. A w międzyczasie na świecie pojawiła się nasza mała Mi.

Koszmar. Koniec końców z ogromnym trudem zdecydowaliśmy razem z Ja (dzięki za wsparcie i dojrzałość) na odpuszczenie baletu. Czasem nam szkoda, ale wiemy, że to dla naszej rodziny była właściwa decyzja – być może podjęta zbyt późno.

Jak słońce

Doświadczenia (w tym pojawienie się naszej trzeciej córki) i przemyślenia doprowadziły nas (mnie i Justynę) do konceptu, który mógłbym nazwać orbitowaniem.

Bardzo łatwo dać się zepchnąć na peryferie, a w centrum postawić dziecko (dzieci). My – rodzice, małżonkowie – przestajemy być wystarczająco ważni. W takim modelu (w jego skrajnym wydaniu) pełnimy funkcje wyłącznie obsługujące interesy, zainteresowania, potrzeby, pomysły naszych dzieci. Tak bardzo kochamy nasze dzieci, że zrobimy dla nich absolutnie wszystko. Dla nich, bo dla nas może wtedy zabraknąć miejsca i czasu.

Jestem przekonany (dzisiaj :) ), że dużo zdrowszym, lepszym, dającym szansę na zwyczajnie lepsze życie jest model orbitowania. W tym modelu centrum rodziny stanowią rodzice. Dzieci są na orbitach. Rodzice robią swoje, a dzieci podążają za nimi i z nimi.

I bynajmniej nie oznacza to odrzucania potrzeb dzieci, ich interesów, emocji – nie. Wybieramy jak najlepszą szkołę, szukamy sposobu na realizację pasji, zainteresowań, ale nie może to się odbywać kosztem naszego totalnego poświęcenia.

Może zabrzmi zbyt górnolotnie, ale:

My bądźmy dla naszych dzieci jak słońce, a one niech będą jak planety wokół i każde na własnej orbicie.

Zgadzacie się?

Wschód Słońca w parku

Pin It on Pinterest

Share This