Spacer, trochę śniegu, niesforny kot i rodzina. Las, znajome uliczki i przystanek autobusowy, pod którym chowaliśmy się przed deszczem. Taki nasz „wschód”.

Jak co roku

Wczoraj – zdaje mi się – rano wyjeżdżaliśmy z Krakowa, a dzisiaj minęły dwa tygodnie i dwa dni od tamtej chwili. Wczoraj, dwa tygodnie temu otaczały nas prawie wiosenne temperatury, a dzisiaj otacza nas mroźna, mocno szczypiąca w nosy zima.

Pomiędzy tamtym wczoraj i przedwczorajszym wczoraj minęły Święta Bożego Narodzenia, a nie znający litości licznik kalendarza dobiegł rocznego końca. Minęły szaleństwa sylwestrowej nocy z marnymi telewizyjnymi potańcówkami pod gołym niebem. Pojawiły się nowe kartki z wypisanymi (kolejnymi) listami marzeń i życzeń. Coś się skończyło, coś się zaczęło. Jak co roku. Niezmiennie. Za rok będzie podobnie. Kartki i podobne listy marzeń i życzeń. Oby jak najmniej podobne.

Bufor odległości

Mamy to szczęście i tego pecha, że mieszkamy dość daleko od rodziny. My mamy daleko do rodziców, nasze dziewczyny daleko do babć i dziadków … Autostrada z Krakowa do Rzeszowa mocno skróciła tę odległość, ale tylko trochę. Żyjemy w naszym, własnym świecie, który siłami naszej domowej piątki mozolnie budujemy tak jak chcemy.

Rodzinnie

Dwa tygodnie u rodziny to czas intensywnego trawienia i niemal w ogniu testowania rodzinnych relacji. Dla naszych dziewczyn to czas spędzany z babciami i dziadkami, ciociami i wujkami, kuzynkami i kuzynami. Siedzenie do późna, nocowanie bez rodziców i grupowe spanie na podłodze. Bardzo to lubią. Dla nas to czas spędzany z dziadkami, rodzicami, rodzeństwem i ich rodzinami.

Nie jest łatwo zamieszkać przez kilkanaście dni u kogoś. Nawet, jeżeli są to stosunkowo bliskie nam osoby to jednak żyjące swoim rytmem i przyzwyczajeniami.
Nie lubię tego wpasowywania się, delikatnego poruszania się po czyjejś kuchni. Zastanawiania się gdzie odstawić kubek, gdzie jest kawa, gdzie herbata. Wszystko inaczej i na innym miejscu, niż w naszym mieszkaniu.

Plany

Przed każdym, a szczególnie dłuższym pobytem na „naszym wschodzie” zawsze w myślach planuję szczere i długie rodzinne rozmowy. I nigdy nie udało mi się tego w 100% dokonać. Wracałem i wracam z poczuciem niedosytu i niezałatwienia wymagających załatwienia spraw, nie wypowiedzenia słów, które powinny paść. I będzie tak do następnego razu, do kolejnego planowania i wyjazdu, a potem pewnie do następnego.

Miejsca, wspomnienia i powroty

Mimo wszystko nigdy, ale to nigdy nie miałem ochoty stamtąd wracać. Kto wie, może kiedyś w końcu nie wrócimy, zostaniemy.
Na tym „naszym wschodzie” są miejsca, które wydeptywaliśmy nastoletnim spacerowaniem. Zaułki i uliczki, które nawet po wyremontowaniu za unijne pieniądze znam jak własną kieszeń. Miejsca, z którymi łączą się całe stada wspomnień. Jest ten wspaniały las, który jest jedyny w swoim rodzaju i który mnie przyciąga i wciąga niczym magiczna i cudowna czarna dziura. I czas, który tam zdaje się płynąć trzy razy wolniej.

W końcu przychodzi pora na powrót. Razem z walizkami, torbami i garścią fotografii wracają z naszymi córkami mocno podkręcone emocje. Minie kilka dni zanim wszyscy wrócimy do naszego świata.

Pierwszy śnieg

Pierwszy śnieg na gałązce

Pierwszy śnieg na krzewie

Uliczna lampa z soplami

Puszek

Puszek i Basia

Puszek na śniegu

Spacer z sankami

Po śniegiem

Sosna pod śniegiem

Drzewa i chmury

Ogień w piecu

Topniejący śnieg

Topniejący śnieg

Topniejący śnieg w lesie

Pin It on Pinterest

Share This