kolce

Kryzys dopadnie każdego. W końcu, kiedyś. Większy lub mniejszy. I niejeden raz. Z powodu kasy, relacji, sytuacji w pracy, zdrowia, wiary, sensu istnienia … Czy Twoje dziecko może być grupą wsparcia?

kolce

Kryzys

Czasami już tak jest.  Życie zwala Ci na głowę jakiś ciężar, a najczęściej całą lawinę ciężarów. Coś się posypie w pracy, w związku, w finansach, lub tak w ogóle w sensie istnienia. Próbujesz sobie wtedy lepiej lub gorzej radzić z problemem, z frustracją, smutkiem, lękiem. A dodatkowo jeśli jesteś rodzicem, to czy tego chcesz, czy nie Twoje dziecko bierze w tym wszystkim udział razem z Tobą. Je również dopada Twój kryzys.

Separacja

Rodzice tkwiący w stanie kryzysu najczęściej popadają w dwie skrajności. Jedną z nich jest próba odseparowania dziecka od swoich problemów. Wymuszony uśmiech na ustach, ukradkowe otarcie oczu i „nic się nie stało kochanie”. Rozumiem pobudki takiego postępowania. To jakaś pierwotna chęć ochrony swojego potomstwa przed całym złem tego świata. Ale, jak bardzo byśmy tego nie pragnęli, nie mamy takiej mocy. Dziecko, nawet to malutkie, wyczuje że coś jest nie tak. Jeśli rodzic udaje, że jest inaczej, to dziecko boi się podwójnie, bo czuje, widzi, a nie rozumie.

Powiernictwo

Druga skrajność to włączanie dziecka w swoje problemy jakby było dorosłe. Dotyczy to najczęściej osób, które nie mogą, bądź nie chcą szukać wsparcia w innych dorosłych. Z potrzeby współczucia i wyżalenia się potrafią „uwiesić się” na dziecku i obarczyć problemami, które je przerastają. Rodzicowi wtedy lżej, wyżali się, wypłacze, ukoi smutek w czułym uścisku, ale dziecko dostaje na plecy bagaż nieadekwatny do swojego wieku. Bagaż, który bardzo ciąży, nawet wtedy, gdy problemy rodzica w końcu się rozwiązują.

Przybity kłopotami finansowymi rodzic czyni dziecko powiernikiem swoich problemów. Zwierza się, żali i znajduje pocieszenie w przytuleniu, całusie, naiwnych próbach szukania rozwiązania. Rodzic dostaje wsparcie, dziecko zaś dorośleje, bardzo szybko, zbyt szybko, ponad swoje możliwości emocjonalne.

Rozżalona matka szuka u córki substytutu przyjaciółki, której może wygadać się z problemów z mężem. Sama znajduje pocieszenie, choćby chwilowe, córce zaś funduje ekspresowy kurs wprowadzenia w zagmatwany świat uczuć dorosłych, którego ta żadną miarą nie jest w stanie zaliczyć. Jakiś jednak owoc tego przyśpieszonego kursu jest: utrata wiary w szczerość i trwałość uczuć, nieufność i lęk. Jest to niestety dosyć trwały owoc, mocno zakorzeniający się w sercu i umyśle.

Rozwiedziona kobieta nie może pozbierać się po rozstaniu. Ma mnóstwo, słusznych zresztą, żali do byłego męża. Musi je wypowiedzieć, wypłakać, bo inaczej zwariuje. Wyrzuca więc w przestrzeń mieszkania całe potoki słów, a  jej kilkuletni synowie po prostu słyszą, mimowolnie.

Kto dla kogo?

Kilkunastolatkowie lub nawet kilkulatkowie z przyśpieszonym procesem wdrażania w świat dorosłych. Rodzicom przeżywającym trudne dni i miesiące potrzeba wsparcia i często instynktownie, bez głębszego zastanowienia szukają go u najbliższych im osób, swoich dzieci. I dostają je, tylko czy tak powinno być? Przecież to przede wszystkim my dorośli jesteśmy dla dzieci, a nie na odwrót. My musimy ich wspierać i znajdować na to czas, siły i energię choćby spod ziemi. One nie mają takiego zobowiązania w stosunku do nas.

Czasami można usłyszeć opinię, że dzieci wychowujące się w trudnych warunkach (a uwieszony emocjonalnie rodzic na pewno do nich należy) szybciej dorastają, są bardziej odpowiedzialne, zdyscyplinowane. To wszystko prawda, ale do tego pakietu dołączony jest jeszcze jeden załącznik – utrata radosnego, beztroskiego dzieciństwa, która odbija się na całym życiu.

Mądry nauczyciel

Kryzysowe stany mogą być szansą, wierzę w to. Mogą być szansą dla rodzica, jeśli je zechce świadomie przepracować w sobie i mogą być szansą dla jego dzieci. Mogą dać im cenną lekcję niepoddawania się, wytrwałości, szukania pomocy, gdy nie daje się samemu rady, właściwego okazywania uczuć i emocji, szczególnie tych trudnych. Jakkolwiek to głupio nie zabrzmi, dziecko może skorzystać na kryzysie rodzica i dostać genialną lekcję życia, potrzebuje do tego tylko mądrego nauczyciela.

Złoty środek

Jakbyśmy nie chcieli uchronić swoich dzieci przed naszymi problemami, nie jesteśmy w stanie. Im starsze dzieci, tym ich detektory wszelkich trosk i kłopotów u rodziców są czulsze.  Nie ma więc sensu udawać, że wszystko jest w porządku, gdy nie jest. Nie mamy też prawa czynić z naszych dzieci domowej grupy wsparcia lub zamiennika terapii psychologicznej. Właściwe rozwiązanie jest jak zwykle gdzieś pośrodku i każdy z nas ten złoty środek powinien umieć odnaleźć.

Pin It on Pinterest

Share This