Wredna matka, telefon i samodzielne zdobywanie dziecięcych szczytów.

Telefon i sztuka życia

Cóż tu dużo pisać – temat podejrzewam dobrze znany rodzicom pewnie nawet 7,8 latków:

Mamo, ja chcę mieć swój telefon!

My ten tekst usłyszeliśmy pierwszy raz dwa lata temu. Nasza Ja nie jest jakąś miłośniczką technologii – no taka artystyczna dusza, co to trochę w obłokach fruwa. Ale jak jedna, druga, a potem dwunasta i trzynasta koleżanka zaczęła paradować z własnym telefonem, to i Jej zapaliła się lampka w głowie, że nie wiem po co, ale trzeba mieć. Skutecznie odpieraliśmy ataki, do momentu, gdy telefon faktycznie stał się potrzebny. I byliśmy nieugięci, bo wiadomo do czego służą dzieciom telefony – przecież nie do dzwonienia! Po pierwsze do pokazania wszem i wobec, że mam. Po drugie do grania. Po trzecie wysyłania durnowatych sms do koleżanek i kolegów, nad którymi rodzice już nie mają żadnej kontroli. A widziałam już niezłe sms-owe kwiatki takich uwolnionych z rodzicielskiego nadzoru telefonomaniaków.

Ja od września wraca sama ze szkoły tramwajem i dlatego telefon zaczął mieć rację bytu. I dlatego ten telefon dostała. To znaczy, myśmy myśleli, że dostała telefon. Okazało się, że dostała rzęcha i starocie. Nawet Jej to nie przeszkadzało, aż do momentu, gdy kolega zerknął Jej przez ramię i powiedział (uwaga: cytat autentyczny):

O, fajny masz telefon z lat 80-tych.

Na nic się zdały tłumaczenia, że w latach 80-tych, to komórek jeszcze zwykli zjadacze chleba nie widzieli na oczy. Dla Niej rok produkcji 2006, 1980, czy prehistoryczny brzmiały tak samo.

Mamusi i tatusiowi pieniążki z nieba się nie sypią.

Ja wie, że o realizację  zachcianek, które są ewidentnie tylko i wyłącznie zachciankami musi zadbać sama. No wredna matka jestem!

Umowa więc była taka:  możesz mieć nowy telefon, z bajerami i nawet dotykowy, ale musisz sama nazbierać na niego pieniążki. A nie jest to takie proste zadanie dla 11-latki, z dochodami tygodniowymi w postaci piątaka. Ale jak wczoraj zobaczyliśmy – jednak wykonalne. Wczoraj Ja dumna jak paw zakupiła swój telefon. Uzbierała całą kwotę sama – zajęło Jej to bagatela – 6 miesięcy.

No i dumna jestem, bo od września moje dziecię konsekwentnie odkładało każdą złotóweczkę. Zapomniało, co to sklepik szkolny, szkicowniki, batoniki itp. Z okazji gwiazdki, urodzin prosiła babcie o pieniążki, zamiast innych prezentów. Nie wydała chyba złotówki z kieszonkowego.

I udało się Jej! Teraz wie, że konsekwencja  i upór prowadzą do celu. Wie, że potrafi osiągnąć wyznaczony sobie cel sama. Wie, że sama daje radę.

droga na szczyt

Mam nadzieję, że urosła w swoich własnych oczach o kolejne centymetry, a Jej własne poczucie wartości podskoczyło na wyższy poziom.

Nic tak nie cieszy, jak sukces, który sami osiągamy. Bez niczyjej pomocy. Kolejny Jagodowy szczyt – no dobra szczycik – zdobyty, samodzielnie.

Szczyt połoniny caryńskiej

Warto dawać dziecku możliwość, żeby takiej satysfakcji zasmakowało i przekonało się, że ono też potrafi bez mamusi i tatusia – samo.

Pin It on Pinterest

Share This