lampka

Wystarczy przypomnieć sobie swoje nastoletnie lata, jakie to było dla nas istotne. Tyle, że nie wszyscy to potrafią, albo chcą? Rodzice i potrzeby dzieci. Spotkania z rówieśnikami.

Ze sobą

Gdybyście mieli powiedzieć, co najbardziej lubią robić 12-latkowie, to co by to było?  Ja obstawiam opcję „spotykanie się ze sobą”. Zapraszanie się do siebie, najlepiej na nocne pogaduchy. To zdecydowanie jedna z przyjemniejszych form rozrywki – przynajmniej u dziewczyn. Z pewnością potrzeba bycia w grupie rówieśniczej u nastolatków jest bardzo silna i moim zdaniem całkiem naturalna dla tego wieku i etapu w życiu. Mam jednak wrażenie, że wielu rodziców nie wie, zapomina lub ma to w nosie, że tak właśnie jest.

A daj mi spokój

Często słyszę, widzę no i sama doświadczam tego, ile dzieciaki nastoletnie potrafią włożyć energii w próbę przekonania rodziców, żeby mogli się umówić z kolegą lub koleżanką, pójść do nich lub móc zaprosić do siebie. Potrafią w takich sytuacjach wchodzić na wyżyny swoich umiejętności negocjacyjnych, obiecać co tylko rodzic sobie zażyczy, nawet odrobienie lekcji i nauczenie się wszystkiego co potrzeba w piątkowe popołudnie. Determinacja jest naprawdę wielka. Te maślane oczy, przymilny ton głosu, zwiększony poziom czułości dla rodzica. A z drugiej strony, ze strony mamy lub taty? „Dziecko daj mi święty spokój, albo „przecież się cały dzień widzieliście w szkole”, lub „mam tyle jeszcze do zrobienia w domu, nie mam czasu i siły się jeszcze wami zajmować”. Często argumentem na „nie” jest też bałagan w domu, niechęć do nadprogramowej ilości dzieci  albo „marnowanie czasu”, który lepiej poświęcić na naukę.

Czkawka

Pewnie, że nie wszyscy rodzice tak mówią, myślą i robią, ale uwierzcie mi jest ich całkiem sporo. Często sama jestem świadkiem takich „negocjacji” wczesnego nastolatka z rodzicem. Niekiedy widzę chęć wyjścia naprzeciw potrzebom dziecka, próbę znalezienia sensownego rozwiązania pozwalającego zadowolić obydwie strony, ale czasami rozmowa przebiega tak, jak opisałam to powyżej, a kończy się dąsem, zdenerwowaniem, obrażeniem. Żal mi wtedy takiego dzieciaka. Nie znajduje on zrozumienia swoich naturalnych potrzeb i nabiera przekonania, że są one w oczach rodzica nieistotne. Czuje się zignorowany i nierozumiany. Żal mi w takich sytuacjach również rodzica. Zabranianie spotkań z rówieśnikami bez konkretnego powodu to stracona szansa na pokazanie „traktuję Cię poważnie, Ciebie i Twoje potrzeby”. To stracona szansa na dorzucenie cegiełki do budowania dobrej relacji. Wcześniej, czy później taka postawa odbije się czkawką. Chęć bycia z rówieśnikami i tak się zrealizuje, z naszym rodzicielskim błogosławieństwem lub bez niego. Czy nie lepiej więc pozwolić dziecku przyprowadzać koleżanki czy kolegów do domu, poznawać ich, dawać przestrzeń do spotykania się gdzieś obok nas, niż zabraniać i kiedyś obudzić się ze świadomością, że nie znamy „paczki” naszego dziecka, nie wiemy gdzie i w jaki sposób spędza swój wolny czas?

Dom otwarty

Idea otwartego domu jest mi bardzo bliska. Domu, który jest życzliwy i przyjazny, do którego dzieci lubią wracać i zapraszać znajomych.

Nasze dziewczyny maja zielone światło na zapraszanie koleżanek, na kilka godzin, czy na noc. Uwielbiam patrzeć na roziskrzone oczy Ja, kiedy wraca do domu z koleżanką w piątkowe popołudnie z perspektywą wielu godzin chichotów, pogaduch w łóżku i podjadania smakołyków. Lubię jej „dzięki mamo”. Uwierzcie mi, to naprawdę nie kosztuje aż tak wiele wysiłku: dodatkowy komplet pościeli, talerz na stole no i może kilka decybeli więcej do udźwignięcia, no ale i zyski są nie do pogardzenia.

Pin It on Pinterest

Share This