Słowa definiują świat w którym jesteśmy. Słowa określają nas. Chcesz piękniej żyć? Zacznij piękniej mówić. Także do dzieci.

Gwara gwarze nierówna

A ti ti ti ti, a tiu tiu tiu …
Bozia da ci zdruwunia …
Oć, pójdziemy hajci …
Choć, baba założy wnusi majtunie …
Oj, herbatka jest hyś i najpierw trzeba zrobić fu fu fu …
Piesiunio, myszunia, muszeńka …

Na ziemi jest wiele języków i gwar. Niektóre są bardziej popularne, a inne mniej. Niektóre są opisane naukowo, a inne mniej. Niektóre zamierają, bo używa ich coraz mniej osób, a inne nie.

Ta gwara nie należy do grupy zagrożonej wymarciem. Najczęściej – takie odnoszę wrażenie – jest mocno kultywowana przez pokolenie babć i dziadków. I szczególnie w odniesieniu do maksymalnie kilkuletnich wnuczek i wnuczków.

Ale kupsko zasadziłeś …
Trzeba iść do kibelka …
Poczekaj, tylko se nałoże …
Ale masz wielkie giry …
A idź się wysmarkaj …

To z kolei przykład innej gwary. Ta odmiana bywa stosowana w zasadzie niezależnie od wieku zarówno mówiącego, jak i odbierającego.

Mały człowiek

Pojawienie się dziecka w domu to bardzo kusząca okoliczność do zmiany swojego codziennego języka. Przecież ten mały człowiek tak mało rozumie, że trzeba mu pomóc. Trzeba postarać się, aby wszystko co go otacza, o czym opowiadamy było cieplutkie, milutkie, malutkie i takie specjalne. No przecież on nie zrozumie, że herbata (napój, mleko) jest gorąca.

Język

Język (mówiony) jest podstawowym sposobem komunikacji pomiędzy ludźmi. Trudno temu zaprzeczyć, prawda? Wstajemy rano i mówimy, albo słuchamy. W sklepie, w pracy, przy stole, znam takich co z telewizorem nawet rozmawiają.

Chyba każdy kochający rodzic zapytany, czy chciałby, aby jego dziecko było szczęśliwe odpowie bez najmniejszego wahanie, że tak, że chciałby. Że chciałby, aby ta dziewczynka, czy ten chłopiec byli zadowoleni, radośni, pewnie także majętni. Każdy chciałby zwyczajnie jak najlepszego życia dla swojego dziecka w jak najlepszym świecie.

Tymczasem w dorosłym życiu „gorące” nigdy nie będzie „hyś”. Bozia nie istnieje – jeżeli już to istnieje Bóg. Zamiast robić fu fu fu po prostu studzimy gorący napój (na przykład dmuchając). A majtunie to (no ostatecznie potrafię to sobie wyobrazić) zakładamy lub zdejmujemy co najwyżej w bardzo, bardzo osobliwych okolicznościach i raczej bez obecności osób trzecich.

Tymczasem warto uświadomić sobie, że to nie my mamy się uczyć nowego werbalnego sposobu komunikacji. Powinno być zupełnie odwrotnie. To rodzice (przede wszystkim oni) mają za zadanie uczyć dziecko języka ludzi. Pewnie, że maluch będzie swoje potrzeby sygnalizował tak jak może, czyli płacząc, wiercąc się i wykonując wiele różnych gestów. Tyle, że robi to tylko i wyłącznie dlatego, że jeszcze nie nauczył się werbalizować.

Kupsko, kibelek, giry, smarki …

Wyobraź sobie, że siedzisz z ukochanym/ukochaną (niepotrzebne skreślić) w eleganckiej restauracji, przy wykwintnie nakrytym stole. Czekacie na zamówione dania. Prowadzicie konwersację i nagle on/ona mówi:
– Pójdę do kibelka zrobić kupsko i wysmarkać nos.
– No …. dobrze …
Fajnie? Wcale nie fajnie.

„Chcesz piękniej żyć? Zacznij piękniej mówić.”

A przecież można inaczej:
– Pozwól, że przeproszę Cię na chwilę. Potrzebuję wyjść do toalety i zaraz wracam.
– Dobrze. Czekam.
Fajnie? Na pewno fajniej.

Chcesz lepiej żyć?

„Jeżeli chcesz zmienić swoje życie, to zacznij od zmiany sposobu mówienia.”

Nie pamiętam dokładnie gdzie to zdanie po raz pierwszy usłyszałem, ale dość dobrze je zapamiętałem (choć pewnie nie w precyzyjnym brzmieniu). Jeżeli chcesz zmienić swoje życie to najpierw zmień sposób, w jaki się wyrażasz. To dobry punkt startu. Używany język definiuje nas samych, definiuje i określa otaczający nas świat. Słowa, precyzja i sposób wypowiedzi budują nas w oczach innych, ale także własnych.

U nas

Nasze dziewczyny bardzo szybko zaczęły mówić. Każda z trzech, bez wyjątku. Szybciej mówiły, niż chodziły. Odkąd pojawiły się na świecie bardzo dużą uwagę przykładaliśmy do języka jakim się do nich zwracaliśmy, jakiego używaliśmy rozmawiając ze sobą przy nich. Aplikowaliśmy im dużo czytania z naciskiem na staranną wymowę i bez dodatkowych zdrobnień.

Na co dzień używamy zwykłego polskiego języka. Nie próbujemy robić czegoś, czego nie potrafimy. Po prostu staramy się pamiętać o precyzji wypowiedzi, staramy się dbać o dobrą wymowę, staramy się unikać byle jakości. Wtrącenia obcojęzyczne, czy skróty to nie nasze zwyczaje. Owszem zdarzają się, ale rzadko. U nas królują pełne zdania złożone z polskich słów.

A dzisiaj? Cóż, dzisiaj zbieramy owoce podczas prawie każdej rozmowy z naszymi córkami. Trudno (co nie oznacza, że czasem się nie trafi) od nich usłyszeć słowa typu: „wykon”, czy „no helou” .

Dusza się raduje i serce rośnie, jak nasza dwulatka w zwyczajnej rozmowie potrafi używać wypowiedzi zbudowanych z pełnych zdań i ze słowami zastosowanymi we właściwym kontekście.

„Chcesz piękniej żyć? Zacznij piękniej mówić.”

Pin It on Pinterest

Share This