Gofry 1 12

Ludzie potrzebują od siebie odpocząć, uciec do swoich światów, aby potem zatęsknić, wrócić i je połączyć. Jednak w tym przypadku … jest zupełnie inaczej. Chorzy na „razem”.

Razem i na ludowo

Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby kiedyś nasi znajomi, w ramach prezentu” z jajem”, wygrawerowali nam tabliczkę na drzwi Sz.P. Justyna i Tomasz Razem. Wiedzą oni bowiem, że jakby tego delikatnie nie ująć, mamy szmergla na punkcie „razem robienia”.

Znamy się z Tomkiem od czasów późnogówniarskich lub jak kto woli wczesnomłodzieńczych i od początku wszędzie szwendaliśmy się razem. Tomek rano odprowadzał mnie codziennie do szkoły (na 8.00!), a potem sam biegł do swojej na drugi koniec miasteczka (i też na 8.00). Jak zdążał – do dziś nie mam pojęcia. Po południami siedzieliśmy u mnie. Ja odrabiałam lekcje, a Tomek się nudził obok mnie. No chyba, że uczyłam się na rosyjski – wtedy miał ubaw. Do dziś dostaje napadu śmiechu na wspomnienie „wsjo w parjadkie”. Kiedy on się uczył, czy chociażby nagryzmolił dwa słowa w zeszycie – nie wiem. Choć podejrzewam, że po prostu nigdy tego nie robił.

Razem włóczyliśmy się po mieście, tańczyliśmy w zespole ludowym (poważnie :) ), dorabialiśmy na roznoszeniu rachunków za TV kablową, czy malowaniu salek w Młodzieżowym Domu Kultury.  Jak nic zapadliśmy obydwoje na ciężką chorobę wywołaną wirusem „razem robulus”.

Umowa o współpracy i blog

W ramach poszerzania swoich horyzontów zwanego studiowaniem Tomek wylądował w Krakowie, a ja w Warszawie. Wytrzymaliśmy 3 lata. W tym czasie spółka Inter City odnotowywała swoje najlepsze lata prosperity, zaś nasze portfele straszyły bezgraniczną pustką. Po trzech latach wirus „razem robulus” uderzył ze zdwojona siłą. Poruszyliśmy niebo i ziemię, władzę Uniwersytetu Warszawskiego i Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie i nie pytajcie jak tego dokonaliśmy, ale doprowadziliśmy do tego, że UW i AGH podpisały umowę o współpracy i wymianie studentów. Kto był pierwszy (i nie wiem czy nie ostatnim) studentem, który z tej wymiany skorzystał i kończył studia na UW chodząc na zajęcia na AGH, chyba Wam pisać nie muszę.

To nasze blogowanie to też kolejny objaw chorobowy. Tomek rzekł:

– Oj weź, będziemy razem pisać, będzie fajnie.

Trochę się opierałam, ale organizm był już od tylu lat wirusem zainfekowany, że w końcu „razem robulus” wygrał. No i kosi teraz swoje żniwo.

Zarażamy z premedytacją

Razem postaraliśmy się o nasze trzy panny i teraz świadomie, z premedytacją i przemyślaną strategią infekujemy i je „razem robulusem”. A wiecie, łatwo nie jest, konkurencja o ich czas i towarzystwo duża. Dlatego żeby je przekonać, że spędzanie wolnego czasu ze swoimi rodzicielami może być fajne, sięgamy po wszelkie formy nakłaniania, przekonywania, a nawet przekupstwa. Wabimy, nęcimy, zachęcamy.

– Nie siedź już przed tym laptopem, lepiej choć zrobimy razem muffiny.
– A czekoladowe?
– No ba, pewnie, że czekoladowe.

I panna już złapana.

– Zostaw ten tablet, może dzisiaj na kolacje gofry byśmy zjedli?
– A jest jeszcze dżem mirabelkowy?
– Jak nie ma to tata przyniesie z piwnicy albo zjemy z borówkowym. To co, ja ciasto, a Ty śmietana?

Takie oto haczyki zastawiamy na nasze dziewczyny. A jeśli do tego dorzucimy jeszcze partyjkę planszówki, układanie puzzli, czy wspólny seansik filmowy – stan chorobowy „razem robienie” gwarantowany.

A tak na koniec muszę Wam zdradzić, że ten cały wpis był tylko pretekstem, którego potrzebowaliśmy, żeby pokazać kilka zdjęć z naszego ostatniego „razemrobienia” i „razemjedzenia” gofrów :)
Dziękuję za uwagę.
Smacznego.

Ale przyznać musicie, że te moje sentymentalne wspominki całkiem zgrabnie wkomponowały się przed walentynkowo?

Gofry 1 15

Gofry 2 15

Gofry 3 15

Gofry 4 15

Gofry 5 15

Gofry 6 15

Gofry 7 15

Gofry 8 15

Gofry 9 15

Gofry 10 15

Pin It on Pinterest

Share This